środa, 26 czerwca 2019

Kudłaty kłębek miłości

Po raz kolejny stary trup budzony jest do życia...

Bardzo, bardzo chciałabym pisać tu częściej. Tylko że dookoła jest tyle innych rzeczy do zrobienia... W pierwszej połowie lutego doszedł mi kolejny obowiązek, choć ten akurat jest bardzo przyjemny i jest niewielką ceną za korzyści, które z niego czerpię. Mianowicie mam psa.


Zakochałam się w nim, kiedy tylko zobaczyłam jego zdjęcie na facebooku. Jeszcze tego samego dnia mówiłam, że pies w bloku, kiedy obydwoje z mężem pracujemy, to zdecydowanie nie jest dobry pomysł. A kilka godzin później razem z mężem usiłowaliśmy przekonać siebie nawzajem, że dobrze wiemy, co robimy decydując się na zwierzaka. Trzy dni później pies był już z nami. Matko kochana, co się wtedy działo... Pierwsze dwa tygodnie były straszne. Nie sądziłam, że jedna mała kudłata istota może tak totalnie przewrócić życie do góry nogami, przeorać, przemerdać ogonem i radośnie zwinąć się w kłębek na tym stosie gruzu i łez.


To było... cóż, straszne. Wydawało się, że zawiedliśmy jako ludzie i że sami sobie nie będziemy potrafili spojrzeć w twarz. Że nie damy rady się nią opiekować. Przekonywaliśmy się, że przynajmniej uchroniliśmy ją przed trafieniem do schroniska... Koniec końców ta mała psia morda zrobiła podkop pod naszą świadomością wprost do serca i zadomowiła się tam na stałe.


Na imię jej Fera. Od "afera". Tak nazwali ją w domu tymczasowym i tak już zostało. Zdrobniale mówimy na nią Ferołak. To określenie pasuje do niej najlepiej, szczególnie kiedy wpada (pies, nie określenie) w szał zabawy i zaczyna w niekontrolowany sposób używać zębów oraz pazurów. Niezależnie jednak od tego, Fera jest cudowna, towarzyska, przyjacielska, ciekawa świata i po prostu przesłodka. Najchętniej zaprzyjaźniłaby się z każdą napotkaną istotą. No, może z połową napotkanych psów i ludzi. Entuzjastycznie reaguje na najmniejszy okazany jej przejaw sympatii i zaprasza do zabawy każdego, kto tylko nas odwiedza.


No i znakomicie przeprowadziła mi terapię bolących i osłabionych nadgarstków, w tym jednego zaganglionowanego. Być może to dzięki zabawie z nią paskudny bąbel, o którym pisałam wcześniej, zmniejszył się i przestał być dokuczliwy. A może także przez to, że mam mniej czasu na dzierganie. W każdym razie odniosłam dzięki niej pewną osobistą korzyść zdrowotną. Oczywiście, jak przystało na psa szydełkomaniaczki, została obdziergana.



Ale nie używamy tej chustki. Podejrzewam, że szybko zostałaby zmasakrowana podczas zabawy z innymi psami. Co więcej mogę powiedzieć? Tak naprawdę odkąd tylko zamieszkaliśmy na swoim, chcieliśmy mieć psa. Jeśli wierzyć w przeznaczenie, to najwyraźniej naszej trójce było właśnie przeznaczone żyć razem. Teraz mamy nasz własny, najukochańszy kudłaty kłębek miłości. A ja mam asystentkę do robótek.






poniedziałek, 7 stycznia 2019

Robótkowy detoks / Merynosowe chusty

Wczoraj zakończyłam dwutygodniowy urlop. Zdecydowanie jestem zdania, że każdemu pracownikowi po czymś takim powinien przysługiwać jeszcze dodatkowy tydzień na dojście do siebie, a niektórym też jeszcze kilka dni na rekonwalescencję. I absolutnie nie mam tu na myśli przedłużonego syndromu dnia poprzedniego, oj nie...

Kto dzierga, ten niewątpliwie zrozumie, o co chodzi: dwa tygodnie bez większych zobowiązań czy pilnych prac domowych, za to z dwoma (ok, trzema) zaczętymi robótkami i kilkoma planowanymi. Dodajmy do tego brak umiejętności zorganizowania sobie pracy tak, żeby uwzględnić przerwy co 30-40 minut. Cóż, efekt jest taki, że skończyłam komin, skończyłam chustę, skończyłam tył i przód swetra. Przód na bank będę musiała przerobić, bo za Chiny Ludowe nie wyszło mi tak, jak zakładałam. Ale najpierw muszę zrobić rękawy, bo nie do końca ogarniam, ile mi zostanie włóczki. A wymarzyłam sobie kardigan z "ogonami", bo taki krój jest ostatnio u mnie numerem jeden. Niestety, wgląda na to, że przy obecnym kształcie tego mojego nieszczęsnego przodu ogony mogę mieć co najwyżej wtedy, kiedy przypałętają się do mnie jakieś psy... Nie mam wprawdzie nic przeciwko psom, zawsze chętnie jakiegoś pogłaszczę, ale w tym przypadku ogony mają być na swetrze.

W każdym razie - dwa tygodnie niemal całodziennego dziergania sprawiło, że zwyczajnie bolą mnie nadgarstki.Na prawym już tak prawie od pół roku mam gangliona, który, dziad jeden, daje o sobie znać szczególnie jeśli nie założę opaski stabilizującej i pozwolę nadgarstkowi majtać się do woli w tańcu z szydełkiem. Tudzież drutami - nie wspomniałam, że nieszczęsny prawie ogoniasty kardigan dłubię na drutach, co jest dla mnie mimo wszystko znacznym osiągnięciem. Na ból do pewnego stopnia pomaga maść końska, ale zdecydowanie mądrzej jest po prostu nie dopuszczać do tego, żeby zaczęło boleć. Oczywiście, powinnam wybrać się z dziadem do ortopedy, ale... Nawet mam skierowanie, tylko że nie bardzo orientuję się, gdzie ono ostatnio przebywa. Poza tym - boję się niesamowicie zabiegu aspiracji. Wizja wbijania mi w dłoń wielgaśnej igły i zasysania mazi stawowej nie należy do najmilszych, szczególnie dla kogoś, kto do tego stopnia boi się igieł, że musi mieć krew pobieraną na leżąco, bo inaczej za nic nie chce lecieć. A lewy nadgarstek... Cóż, na nim nie ma gangliona, więc podejrzewam, że boli tak sobie, dla towarzystwa i równowagi.

Oczywiście, dobrych zdjęć ostatnich robótek nie mam. Jest zima, pochmurno, ciemno... A ładne zdjęcia wymagają dobrego oświetlenia. Może uda mi się spiąć poślady w najbliższy weekend i skorzystać z tego, że właśnie napadało trochę śniegu, dzięki czemu jest jaśniej, pójść z chustą i kominem do parku i porobić trochę zdjęć. Szczególnie komin potrzebuje dobrego światła, bo jest czarny. Jeśli uda mi się zrobić mu ładne zdjęcia, to przy okazji opiszę jego historię, bo jest doprawdy interesująca - pełna emocji i zwrotów akcji. Oczywiście, jeśli to wszystko do weekendu nie stopnieje (śnieg, nie komin i chusta). Ale jak patrzyłam na prognozę pogody, to raczej jeszcze dopada...

***

Ale nie ma tego złego. Ze względu na nadgarstki postanowiłam dzisiaj zrobić sobie szydełkowy detoks. Pograłam w Simsy, które ostatnio znowu mnie wciągnęły. Ale ileż można siedzieć przy komputerze, szczególnie, że to samo robi się w pracy? Nie no, nie do końca to samo - w Simsy jednak w pracy nie gram - ale o komputer chodzi (tak, zupełnie, jakbym właśnie w tej chwili robiła cokolwiek innego). Poobserwowałam sobie, jak mój Mąż próbuje zostać wilkołakiem - zaraziłam go Simsami i teraz siedzi i gra jeszcze bardziej zapamiętale niż ja (właśnie otrzymałam informację, że mu się udało) - po czym przypomniałam sobie, że postanowiłam reaktywować bloga! No przecież! I nawet w tym celu spróbowałam jakiś czas temu zrobić ładne zdjęcia trzem chustom, które ostatnio (no, nie tak do końca ostatnio) robiłam. A zatem:


Te dwie robione są z jednego wzoru - pięknego, klasycznego Virus Meets Granny. Okazało się jednak, że motki (bardzo przyjemna włóczka z wełną merynosów), które kupiłam są za długie. Chciałam wykorzystać wszystkie kolory, bo takie właśnie miałam zamówione, a chusty nie miały być wielkości paralotni. Musiałam więc ostro pokombinować, jak by tu oszukać przeznaczenie i pozwolić temu niezwykle wydajnemu wzorowi zeżreć jak najwięcej włóczki. I wymyśliłam - w części "wirusowej" zrobiłam wyłącznie słupki reliefowe, natomiast w części "babcinej" dorzuciłam zygzak z puffów. 


Na tym zdjęciu powyżej najlepiej widać moje modyfikacje wzoru. Osobną historią jest ostatni rząd, tutaj ciemniejszy niebieski. Nie pasowały mi tu pikotki, zwykłe półsłupki, cokolwiek z reliefem...No po prostu ciągle było coś nie tak. Aż wreszcie wpadłam na pomysł - zrobiłam coś, co możliwe, że nazywa się "słupki skręcane", ale głowy nie dam. Przerabiałam słupek do połowy normalnie, a kiedy zostawały mi na szydełku dwie pętelki, przekręcałam szydełko (chyba) przeciwnie do ruchu wskazówek zegara i przerabiałam. Efekt wreszcie mnie zadowolił - w końcu znalazłam idealne wykończenie dla mojego zmutowanego babcinego wirusa. Poniżej zbliżenie na drugą wersję kolorystyczną tej samej chusty. Musiałam w pewnym momencie robić trochę luźniej, bo zabrakło mi włóczki na ostatni rząd i musiałam domawiać.


A poniżej - trzecia merynosowa chusta, już znacznie mniejsza i znacznie mniej stresogenna, choć tworzona jako prezent gwiazdkowy dla Teściowej. Skorzystałam ze wzoru Bruinen autorstwa Jasmin Räsänen. Kolory wybierał Mąż, bo wyszłam z założenia, że skoro to jego matka, to on powinien wiedzieć, w czym jej będzie do twarzy. Muszę przyznać, że nie byłam do nich szczególnie przekonana - w motku nie wyglądały jakoś szczególnie pięknie. Ale kiedy popatrzyłam na gotową chustę... To było właśnie to. Idealna harmonia między kolorami i wzorem, normalnie orgazm dla oczu. Do tej pory jestem nią zachwycona. Teściowa też, podobnie jak jej koleżanki z pracy. 


***

Ciekawa jestem, jak długo uda mi się wytrzymać na tym robótkowym detoksie. Poprzedni, podjęty z tych samych przyczyn trwał raptem 48 godzin. A i to niecałe... Dzisiaj od rana nie dziergałam, ale i to poranne ograniczyło się do zaledwie dziesięciu minut przy kawie do śniadania. Mam na szydełku kocyk dla niemowlaka, który za parę miesięcy przyjdzie na świat. Ma to być niespodzianka nie tylko dla młodego (młodej?), ale też dla jego matki, dlatego na zdjęcia w najbliższym czasie nie ma co liczyć - zrobię i wrzucę dopiero, kiedy kocyk dotrze do miejsca przeznaczenia. To jego właśnie trochę podgoniłam dziś rano. Jest dość monotonny, bo robię go metodą c2c. Taki wzór najlepiej komponuje się z dość mocnymi kolorami włóczki. Niestety, ze względu na obecność tylko i wyłącznie słupków (no dobra, jeszcze oczka ścisłe są, faktycznie urozmaicenie...) jest po prostu nudny, więc jeśli tylko miałam cokolwiek innego do dziergania, zajmowałam się właśnie tym czymś innym. A dzisiaj... Noc jeszcze młoda, ciągnie małego ćpuna do szydełka, żeby jeszcze sobie dać w nadgarstek...

czwartek, 8 listopada 2018

Powrót po latach / Krwawa Hrabina

Jakiś czas temu coś chciałam pokazać w grupie na facebooku i nie wiedziałam gdzie szukać, ale przypomniałam sobie, że kiedyś, w zamierzchłych czasach, zaczęłam pisać bloga i jeden wpis poświęciłam, choć nieco pobieżnie, właśnie temu tematowi. Chodziło bodajże o knooking. W każdym razie przy okazji poczytałam sobie te moje tutaj wypociny. Wróciły wspomnienia... Kurczę, co tu dużo mówić - fajna rzecz takie pisanie bloga, bo jak się opisze daną robótkę, proces produkcji, okoliczności towarzyszące, to nawet jeśli nikt z zewnątrz tego nie przeczyta, sama będę miała taką bazę, do której będę mogła wrócić i wpaść w nostalgiczny nastrój.

Dlatego postanowiłam reaktywować bloga. Postanowiłam, ale tak naprawdę sama nie wiem czy uda mi się zachować jakąś regularność i co jakiś czas coś na niego wrzucić. Zajumałam rodzicom aparat fotograficzny, więc nie będę miała wymówki, że nie mam czym zrobić porządnych zdjęć. Ale wiadomo, jak to jest. Trudno jest znaleźć czas i skupić się, żeby napisać coś od siebie...

Na pierwszy ogień po latach idzie chusta o nazwie Krwawa Hrabina. Robiłam ją w ramach akcji na facebookowej grupie, podczas której wszystkie dziergałyśmy według tego samego wzoru. Wymogiem jest, aby włóczka zawierała kolor czerwony. Tylko wówczas bowiem chusta będzie miała przypisywane jej właściwości, do których należy zapewnienie nosicielce wiecznej młodości (w tym poprzez ochronę przed celulitem i zmarszczkami) a także brania u płci dowolnej. Sam wzór inspirowany jest Elżbietą Batory, która, jak powszechnie wiadomo, kąpała się we krwi dziewic aby osiągnąć te właśnie cele - stąd obowiązkowa czerwień w kolorystyce chusty.

Sesja zdjęciowa została wykonana na balkonie i pod blokiem, w którym  mieszkam. Tylko trzepak wykorzystałam od sąsiadów, bo przy "moim" akurat ktoś postawił samochód i nijak nie dało się zrobić fotek tak, żeby go nie było widać. Tak po prawdzie, to przeszłam się też z chustą i aparatem po pobliskim parku (zapewne budząc zainteresowanie spacerowiczów), bo chciałam zobaczyć jak udadzą się zdjęcia w promieniach słońca, ale się nie udały. W ogóle nie było widać porządnie kolorów. Pewnie dlatego, że słońce powoli chyliło się już ku zachodowi.

Najlepsze jest to, że w chuście jest błyszcząca czerwona nitka. Jej obecność przysporzyła mi mnóstwo kłopotów podczas dziergania, bo draństwo się plątało i powodowało kołtunienie się pozostałych nitek (motek z trzech luźnych, nie skręconych nici, plus ten dziad błyszczący), a teraz nawet nie mogę się pochwalić pełnią efektów, bo na zdjęciach kompletnie tej pełni nie widać.

Wzór stworzyła Magda z Manufaktury Fajnych Rzeczy, a zmodyfikowała Asia z SisHomemade.







środa, 29 kwietnia 2015

Mandala

Dzisiaj taki drobiażdżek wrzucam.

Miałam resztki muliny w różnych kolorach i resztkę płótna. I postanowiłam coś z nimi zrobić, bo co się będzie marnowało. Udało mi się zrobić takie coś:


niedziela, 26 kwietnia 2015

Chusty mojej Mamy

Hmm, trochę mi się blog zakurzył. Zapomniany taki, prawie porzucony... Było kilka powodów mojej nieobecności, między innymi brak inspiracji. Na szczęście dotyczył tylko pisania, nie robótek. Dzięki temu mogę dziś pochwalić się kilkoma całkiem ciekawymi projektami. Pozwólcie, że dziś zaprezentuję:


Cztery chusty mojej Mamy

Chciałabym je opisać jakoś chronologicznie, ale to jest trudne, bo większość z nich była kilkukrotnie przerabiana. Oprę się więc na kolejności uzyskania obecnego - chyba już ostatecznego - kształtu.


Pierwsza z nich powstała dość dawno, bo prawie dwa lata temu, kiedy jeszcze byłam doktorantką*. Powstawała jako prezent pod choinkę i była robiona w wielkiej tajemnicy. Żeby Mama nie nabrała żadnych podejrzeń, nie robiłam nawet w domu, a na uczelni. Cała moja katedra przyglądała się postępom i ostro mi kibicowała. Włóczka to Himalaya Everday Rangerank, kolor 70316, 100% akryl. Bardzo fajnie wyszła, jest miękka, lejąca się i przyjemna w dotyku. 





Druga w kolejności to chyba będzie ta:



Powstała z bawełnianej włóczki, która została spruta z jakichś mało praktycznych szalików. Z resztą, szalików moja Mama nie używa, bo woli chusty, które grzeją nie tylko szyję, ale i górną część pleców. Tę nosi do zimowo-wiosennego płaszcza i kurtki. Ciekawe w tej chuście jest to, że nie jest ona całkiem trójkątna, ale ma jakby poucinane rogi. Miałam ją zrobić "bez tych takich długich ogonów", jak to ujęła Mama i wyszło mi coś takiego. Pewnie z czasem pojawi się coś podobnego, ale z odwrotnie ułożonymi kolorami, bo zostało mi jeszcze sporo tej włóczki.


Następna to wrzosowa chusta do zimowego płaszcza, z włóczki akrylowej z dodatkiem moheru Angora Ram. Jej historia jest dość długa i zastanawiałam się czy nie opisać jej jako pierwszą. Najpierw zrobiłam ją wzorem z Małej Diany, takim:


Tylko, że była znacznie mniejsza. W tym kształcie została ponoszona dwa lub trzy lata, po czym Mamie się znudziła i musiałam ją przerobić. Po mozolnym spruciu - każdy, kto kiedyś pruł coś moherowego, wie, o czym mówię - zrobiłam z niej coś, co opisałam tutaj, ale okazało się za duże. No i właśnie wtedy dowiedziałam się, że Mama nie lubi chust robionych na drutach. Wkrótce potem zobaczyła u znajomej piękną chustę i zapragnęła mieć taką samą. Przyjrzałam się więc wzorowi i wydziergałam takie coś:


Mama jest zadowolona, więc myślę, że kolejny raz nie będzie trzeba tego pruć.


No i ostatnia, z włóczki, której nazwy za nic nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Jest to w każdym razie mieszanka wełny i akrylu. Ta też dostała drugie życie, bo w pierwszym była zwykłą, trójkątną chustą z frędzlami, przerabianą prostym wzorem w margerytki. Okazał się jednak, że zamiast margerytek, widać było tylko paski zmieniających się odcieni. Kiedy obie, razem z Mamą, nie mogłyśmy już na to patrzeć, chusta została spruta i przerobiona na coś niestandardowego:


I taka już zostanie, bo wzór tym razem został dobrany idealnie.





* Od razu wyjaśniam - fakt, że byłam kiedyś doktorantką, nie oznacza, że teraz jestem doktorem. Zrezygnowałam po prostu z tego sposobu na życie.



czwartek, 15 stycznia 2015

Ciasteczka z tłuszczem kokosowym

Ostatnio modne są różne rodzaje tłuszczów roślinnych. Ze podobno zdrowe, nie tuczą, odmładzają, nie mają cholesterolu, niemalże leczą raka, parzą kawę i wiążą krawaty. Modny jest między innymi tłuszcz kokosowy. Zaczęłyśmy się z Mamą zastanawiać nad tym i wyszło nam, że można by go użyć  do pieczenia w zastępstwie masła. tylko, że on taki raczej drogi... No, ale można zrobić taki tłuszcz metodą domową, z wiórków kokosowych za pomocą blendera. Od słów do czynów - kupiłyśmy paczkę wiórków kokosowych, zmiksowałam na jednolitą masę i zrobiłam półkruche ciasteczka. Różnica była widoczna już od samego początku - brak masła sprawił, że ciasto było bardzo jasne. Na zdjęciach tego może zbyt dobrze nie widać, ale zaręczam, że było prawie białe.




Jak widać, ciasteczka formowałam za pomocą maszynki do mięsa. Dobrze wam się wydaje, rączka tej maszynki jest dość nietypowa. Po ponad pięćdziesięciu latach użytkowania "rodzona" rączka nie wytrzymała mielenia kaszy jaglanej z użyciem drobnego sitka do maku i po prostu pękła. Na szczęście w garażu znalazł się całkiem porządny klucz siedemnastka, który nieźle ją zastępuje.


Po włożeniu do piekarnika ciasteczka wypełniły cały dom apetycznym, kokosowym aromatem. Gotowe prezentują się też inaczej niż z dodatkiem masła.


Są ładnie zarumienione, ale jaśniejsze, a w środku - zupełnie białe. I mają pyszny, kokosowy smak. No i najważniejsze - skoro tłuszcz kokosowy nie tuczy, a nawet jest korzystny dla zdrowia, to takich ciastek można zjeść więcej ;)

I na zakończenie: kawałek, który wkręcił mi się podczas przygotowywania tych ciastek. Ostrzegam - tylko dla ludzi o mocnych nerwach ;)








poniedziałek, 22 grudnia 2014

Choinkowo-świąteczne zmagania

***
Chociaż znowu śniegu nie ma,
chociaż nagie stoją drzewa
chociaż bazie zakwitają,
dzieci kolęd nie śpiewają,
chociaż ciągle w kuchni stoisz,
choć wydatków znów się boisz,
chociaż Mikołaja nie ma,
więc prezenty kupić trzeba,
choć rodzina denerwuje,
choć w lodówce karp się psuje,
chociaż światło znów wysiadło,
a makowiec coś Ci zjadło,
choć się uszka nie udały,
chociaż barszcz wykipiał cały,
chociaż nastrój poszedł w kąt,
życzę Ci wesołych Świąt!

***


Tym oto optymistycznym akcentem rozpoczynamy świąteczną notkę.
Dzisiaj pragnę pochwalić się kolejnymi dziełami mojej Mamy: stroikami i choinką.

Oto stroiki:


Wykonane zostały z gałązek świerkowych i sosnowych szyszek. Nie ma obawy, że wkrótce zaczną się sypać, gdyż gałązki zostały umocowane w podkład z gąbki florystycznej nasączonej wodą. Szyszki natomiast zyskały niecodzienny wygląd dzięki kolorowemu brokatowi, którym zostały oprószone tuż po pomalowaniu bezbarwnym lakierem akrylowym.

W podobnym tonie utrzymana jest też nasza tegoroczna choinka, ozdobiona dzięki wspólnym wysiłkom.


Jedynie światełka i kolorowe ptaszki nie są naszym dziełem. Poza nimi wiszą, jak widać, tylko szyszki i szydełkowe ozdoby, które wrzuciłam ostatnio. Szyszek moja Mama zrobiła w sumie dwieście. Zabrało jej to ponad dwa tygodnie i sprawiło, że przez miesiąc znajdowałyśmy drobinki brokatu w najbardziej zaskakujących miejscach w całym domu. Ale opłaciło się. Choinka wygląda pięknie i zupełnie inaczej niż zwykle.