poniedziałek, 7 stycznia 2019

Robótkowy detoks / Merynosowe chusty

Wczoraj zakończyłam dwutygodniowy urlop. Zdecydowanie jestem zdania, że każdemu pracownikowi po czymś takim powinien przysługiwać jeszcze dodatkowy tydzień na dojście do siebie, a niektórym też jeszcze kilka dni na rekonwalescencję. I absolutnie nie mam tu na myśli przedłużonego syndromu dnia poprzedniego, oj nie...

Kto dzierga, ten niewątpliwie zrozumie, o co chodzi: dwa tygodnie bez większych zobowiązań czy pilnych prac domowych, za to z dwoma (ok, trzema) zaczętymi robótkami i kilkoma planowanymi. Dodajmy do tego brak umiejętności zorganizowania sobie pracy tak, żeby uwzględnić przerwy co 30-40 minut. Cóż, efekt jest taki, że skończyłam komin, skończyłam chustę, skończyłam tył i przód swetra. Przód na bank będę musiała przerobić, bo za Chiny Ludowe nie wyszło mi tak, jak zakładałam. Ale najpierw muszę zrobić rękawy, bo nie do końca ogarniam, ile mi zostanie włóczki. A wymarzyłam sobie kardigan z "ogonami", bo taki krój jest ostatnio u mnie numerem jeden. Niestety, wgląda na to, że przy obecnym kształcie tego mojego nieszczęsnego przodu ogony mogę mieć co najwyżej wtedy, kiedy przypałętają się do mnie jakieś psy... Nie mam wprawdzie nic przeciwko psom, zawsze chętnie jakiegoś pogłaszczę, ale w tym przypadku ogony mają być na swetrze.

W każdym razie - dwa tygodnie niemal całodziennego dziergania sprawiło, że zwyczajnie bolą mnie nadgarstki.Na prawym już tak prawie od pół roku mam gangliona, który, dziad jeden, daje o sobie znać szczególnie jeśli nie założę opaski stabilizującej i pozwolę nadgarstkowi majtać się do woli w tańcu z szydełkiem. Tudzież drutami - nie wspomniałam, że nieszczęsny prawie ogoniasty kardigan dłubię na drutach, co jest dla mnie mimo wszystko znacznym osiągnięciem. Na ból do pewnego stopnia pomaga maść końska, ale zdecydowanie mądrzej jest po prostu nie dopuszczać do tego, żeby zaczęło boleć. Oczywiście, powinnam wybrać się z dziadem do ortopedy, ale... Nawet mam skierowanie, tylko że nie bardzo orientuję się, gdzie ono ostatnio przebywa. Poza tym - boję się niesamowicie zabiegu aspiracji. Wizja wbijania mi w dłoń wielgaśnej igły i zasysania mazi stawowej nie należy do najmilszych, szczególnie dla kogoś, kto do tego stopnia boi się igieł, że musi mieć krew pobieraną na leżąco, bo inaczej za nic nie chce lecieć. A lewy nadgarstek... Cóż, na nim nie ma gangliona, więc podejrzewam, że boli tak sobie, dla towarzystwa i równowagi.

Oczywiście, dobrych zdjęć ostatnich robótek nie mam. Jest zima, pochmurno, ciemno... A ładne zdjęcia wymagają dobrego oświetlenia. Może uda mi się spiąć poślady w najbliższy weekend i skorzystać z tego, że właśnie napadało trochę śniegu, dzięki czemu jest jaśniej, pójść z chustą i kominem do parku i porobić trochę zdjęć. Szczególnie komin potrzebuje dobrego światła, bo jest czarny. Jeśli uda mi się zrobić mu ładne zdjęcia, to przy okazji opiszę jego historię, bo jest doprawdy interesująca - pełna emocji i zwrotów akcji. Oczywiście, jeśli to wszystko do weekendu nie stopnieje (śnieg, nie komin i chusta). Ale jak patrzyłam na prognozę pogody, to raczej jeszcze dopada...

***

Ale nie ma tego złego. Ze względu na nadgarstki postanowiłam dzisiaj zrobić sobie szydełkowy detoks. Pograłam w Simsy, które ostatnio znowu mnie wciągnęły. Ale ileż można siedzieć przy komputerze, szczególnie, że to samo robi się w pracy? Nie no, nie do końca to samo - w Simsy jednak w pracy nie gram - ale o komputer chodzi (tak, zupełnie, jakbym właśnie w tej chwili robiła cokolwiek innego). Poobserwowałam sobie, jak mój Mąż próbuje zostać wilkołakiem - zaraziłam go Simsami i teraz siedzi i gra jeszcze bardziej zapamiętale niż ja (właśnie otrzymałam informację, że mu się udało) - po czym przypomniałam sobie, że postanowiłam reaktywować bloga! No przecież! I nawet w tym celu spróbowałam jakiś czas temu zrobić ładne zdjęcia trzem chustom, które ostatnio (no, nie tak do końca ostatnio) robiłam. A zatem:


Te dwie robione są z jednego wzoru - pięknego, klasycznego Virus Meets Granny. Okazało się jednak, że motki (bardzo przyjemna włóczka z wełną merynosów), które kupiłam są za długie. Chciałam wykorzystać wszystkie kolory, bo takie właśnie miałam zamówione, a chusty nie miały być wielkości paralotni. Musiałam więc ostro pokombinować, jak by tu oszukać przeznaczenie i pozwolić temu niezwykle wydajnemu wzorowi zeżreć jak najwięcej włóczki. I wymyśliłam - w części "wirusowej" zrobiłam wyłącznie słupki reliefowe, natomiast w części "babcinej" dorzuciłam zygzak z puffów. 


Na tym zdjęciu powyżej najlepiej widać moje modyfikacje wzoru. Osobną historią jest ostatni rząd, tutaj ciemniejszy niebieski. Nie pasowały mi tu pikotki, zwykłe półsłupki, cokolwiek z reliefem...No po prostu ciągle było coś nie tak. Aż wreszcie wpadłam na pomysł - zrobiłam coś, co możliwe, że nazywa się "słupki skręcane", ale głowy nie dam. Przerabiałam słupek do połowy normalnie, a kiedy zostawały mi na szydełku dwie pętelki, przekręcałam szydełko (chyba) przeciwnie do ruchu wskazówek zegara i przerabiałam. Efekt wreszcie mnie zadowolił - w końcu znalazłam idealne wykończenie dla mojego zmutowanego babcinego wirusa. Poniżej zbliżenie na drugą wersję kolorystyczną tej samej chusty. Musiałam w pewnym momencie robić trochę luźniej, bo zabrakło mi włóczki na ostatni rząd i musiałam domawiać.


A poniżej - trzecia merynosowa chusta, już znacznie mniejsza i znacznie mniej stresogenna, choć tworzona jako prezent gwiazdkowy dla Teściowej. Skorzystałam ze wzoru Bruinen autorstwa Jasmin Räsänen. Kolory wybierał Mąż, bo wyszłam z założenia, że skoro to jego matka, to on powinien wiedzieć, w czym jej będzie do twarzy. Muszę przyznać, że nie byłam do nich szczególnie przekonana - w motku nie wyglądały jakoś szczególnie pięknie. Ale kiedy popatrzyłam na gotową chustę... To było właśnie to. Idealna harmonia między kolorami i wzorem, normalnie orgazm dla oczu. Do tej pory jestem nią zachwycona. Teściowa też, podobnie jak jej koleżanki z pracy. 


***

Ciekawa jestem, jak długo uda mi się wytrzymać na tym robótkowym detoksie. Poprzedni, podjęty z tych samych przyczyn trwał raptem 48 godzin. A i to niecałe... Dzisiaj od rana nie dziergałam, ale i to poranne ograniczyło się do zaledwie dziesięciu minut przy kawie do śniadania. Mam na szydełku kocyk dla niemowlaka, który za parę miesięcy przyjdzie na świat. Ma to być niespodzianka nie tylko dla młodego (młodej?), ale też dla jego matki, dlatego na zdjęcia w najbliższym czasie nie ma co liczyć - zrobię i wrzucę dopiero, kiedy kocyk dotrze do miejsca przeznaczenia. To jego właśnie trochę podgoniłam dziś rano. Jest dość monotonny, bo robię go metodą c2c. Taki wzór najlepiej komponuje się z dość mocnymi kolorami włóczki. Niestety, ze względu na obecność tylko i wyłącznie słupków (no dobra, jeszcze oczka ścisłe są, faktycznie urozmaicenie...) jest po prostu nudny, więc jeśli tylko miałam cokolwiek innego do dziergania, zajmowałam się właśnie tym czymś innym. A dzisiaj... Noc jeszcze młoda, ciągnie małego ćpuna do szydełka, żeby jeszcze sobie dać w nadgarstek...

2 komentarze:

  1. Chusty piękne <3 a co do detoksu, znam ten ból, tylko mi łokieć odmówił posłuszeństwa. Zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń

  2. Dzięki :)

    Wiesz, detoks jednak mi nie wyszedł. Wczoraj się złamałam i sięgnęłam po druty. Nadgarstki same się nie zdewastują, trzeba im pomóc ;)

    OdpowiedzUsuń