środa, 29 kwietnia 2015

Mandala

Dzisiaj taki drobiażdżek wrzucam.

Miałam resztki muliny w różnych kolorach i resztkę płótna. I postanowiłam coś z nimi zrobić, bo co się będzie marnowało. Udało mi się zrobić takie coś:


niedziela, 26 kwietnia 2015

Chusty mojej Mamy

Hmm, trochę mi się blog zakurzył. Zapomniany taki, prawie porzucony... Było kilka powodów mojej nieobecności, między innymi brak inspiracji. Na szczęście dotyczył tylko pisania, nie robótek. Dzięki temu mogę dziś pochwalić się kilkoma całkiem ciekawymi projektami. Pozwólcie, że dziś zaprezentuję:


Cztery chusty mojej Mamy

Chciałabym je opisać jakoś chronologicznie, ale to jest trudne, bo większość z nich była kilkukrotnie przerabiana. Oprę się więc na kolejności uzyskania obecnego - chyba już ostatecznego - kształtu.


Pierwsza z nich powstała dość dawno, bo prawie dwa lata temu, kiedy jeszcze byłam doktorantką*. Powstawała jako prezent pod choinkę i była robiona w wielkiej tajemnicy. Żeby Mama nie nabrała żadnych podejrzeń, nie robiłam nawet w domu, a na uczelni. Cała moja katedra przyglądała się postępom i ostro mi kibicowała. Włóczka to Himalaya Everday Rangerank, kolor 70316, 100% akryl. Bardzo fajnie wyszła, jest miękka, lejąca się i przyjemna w dotyku. 





Druga w kolejności to chyba będzie ta:



Powstała z bawełnianej włóczki, która została spruta z jakichś mało praktycznych szalików. Z resztą, szalików moja Mama nie używa, bo woli chusty, które grzeją nie tylko szyję, ale i górną część pleców. Tę nosi do zimowo-wiosennego płaszcza i kurtki. Ciekawe w tej chuście jest to, że nie jest ona całkiem trójkątna, ale ma jakby poucinane rogi. Miałam ją zrobić "bez tych takich długich ogonów", jak to ujęła Mama i wyszło mi coś takiego. Pewnie z czasem pojawi się coś podobnego, ale z odwrotnie ułożonymi kolorami, bo zostało mi jeszcze sporo tej włóczki.


Następna to wrzosowa chusta do zimowego płaszcza, z włóczki akrylowej z dodatkiem moheru Angora Ram. Jej historia jest dość długa i zastanawiałam się czy nie opisać jej jako pierwszą. Najpierw zrobiłam ją wzorem z Małej Diany, takim:


Tylko, że była znacznie mniejsza. W tym kształcie została ponoszona dwa lub trzy lata, po czym Mamie się znudziła i musiałam ją przerobić. Po mozolnym spruciu - każdy, kto kiedyś pruł coś moherowego, wie, o czym mówię - zrobiłam z niej coś, co opisałam tutaj, ale okazało się za duże. No i właśnie wtedy dowiedziałam się, że Mama nie lubi chust robionych na drutach. Wkrótce potem zobaczyła u znajomej piękną chustę i zapragnęła mieć taką samą. Przyjrzałam się więc wzorowi i wydziergałam takie coś:


Mama jest zadowolona, więc myślę, że kolejny raz nie będzie trzeba tego pruć.


No i ostatnia, z włóczki, której nazwy za nic nie jestem sobie w stanie przypomnieć. Jest to w każdym razie mieszanka wełny i akrylu. Ta też dostała drugie życie, bo w pierwszym była zwykłą, trójkątną chustą z frędzlami, przerabianą prostym wzorem w margerytki. Okazał się jednak, że zamiast margerytek, widać było tylko paski zmieniających się odcieni. Kiedy obie, razem z Mamą, nie mogłyśmy już na to patrzeć, chusta została spruta i przerobiona na coś niestandardowego:


I taka już zostanie, bo wzór tym razem został dobrany idealnie.





* Od razu wyjaśniam - fakt, że byłam kiedyś doktorantką, nie oznacza, że teraz jestem doktorem. Zrezygnowałam po prostu z tego sposobu na życie.



czwartek, 15 stycznia 2015

Ciasteczka z tłuszczem kokosowym

Ostatnio modne są różne rodzaje tłuszczów roślinnych. Ze podobno zdrowe, nie tuczą, odmładzają, nie mają cholesterolu, niemalże leczą raka, parzą kawę i wiążą krawaty. Modny jest między innymi tłuszcz kokosowy. Zaczęłyśmy się z Mamą zastanawiać nad tym i wyszło nam, że można by go użyć  do pieczenia w zastępstwie masła. tylko, że on taki raczej drogi... No, ale można zrobić taki tłuszcz metodą domową, z wiórków kokosowych za pomocą blendera. Od słów do czynów - kupiłyśmy paczkę wiórków kokosowych, zmiksowałam na jednolitą masę i zrobiłam półkruche ciasteczka. Różnica była widoczna już od samego początku - brak masła sprawił, że ciasto było bardzo jasne. Na zdjęciach tego może zbyt dobrze nie widać, ale zaręczam, że było prawie białe.




Jak widać, ciasteczka formowałam za pomocą maszynki do mięsa. Dobrze wam się wydaje, rączka tej maszynki jest dość nietypowa. Po ponad pięćdziesięciu latach użytkowania "rodzona" rączka nie wytrzymała mielenia kaszy jaglanej z użyciem drobnego sitka do maku i po prostu pękła. Na szczęście w garażu znalazł się całkiem porządny klucz siedemnastka, który nieźle ją zastępuje.


Po włożeniu do piekarnika ciasteczka wypełniły cały dom apetycznym, kokosowym aromatem. Gotowe prezentują się też inaczej niż z dodatkiem masła.


Są ładnie zarumienione, ale jaśniejsze, a w środku - zupełnie białe. I mają pyszny, kokosowy smak. No i najważniejsze - skoro tłuszcz kokosowy nie tuczy, a nawet jest korzystny dla zdrowia, to takich ciastek można zjeść więcej ;)

I na zakończenie: kawałek, który wkręcił mi się podczas przygotowywania tych ciastek. Ostrzegam - tylko dla ludzi o mocnych nerwach ;)








poniedziałek, 22 grudnia 2014

Choinkowo-świąteczne zmagania

***
Chociaż znowu śniegu nie ma,
chociaż nagie stoją drzewa
chociaż bazie zakwitają,
dzieci kolęd nie śpiewają,
chociaż ciągle w kuchni stoisz,
choć wydatków znów się boisz,
chociaż Mikołaja nie ma,
więc prezenty kupić trzeba,
choć rodzina denerwuje,
choć w lodówce karp się psuje,
chociaż światło znów wysiadło,
a makowiec coś Ci zjadło,
choć się uszka nie udały,
chociaż barszcz wykipiał cały,
chociaż nastrój poszedł w kąt,
życzę Ci wesołych Świąt!

***


Tym oto optymistycznym akcentem rozpoczynamy świąteczną notkę.
Dzisiaj pragnę pochwalić się kolejnymi dziełami mojej Mamy: stroikami i choinką.

Oto stroiki:


Wykonane zostały z gałązek świerkowych i sosnowych szyszek. Nie ma obawy, że wkrótce zaczną się sypać, gdyż gałązki zostały umocowane w podkład z gąbki florystycznej nasączonej wodą. Szyszki natomiast zyskały niecodzienny wygląd dzięki kolorowemu brokatowi, którym zostały oprószone tuż po pomalowaniu bezbarwnym lakierem akrylowym.

W podobnym tonie utrzymana jest też nasza tegoroczna choinka, ozdobiona dzięki wspólnym wysiłkom.


Jedynie światełka i kolorowe ptaszki nie są naszym dziełem. Poza nimi wiszą, jak widać, tylko szyszki i szydełkowe ozdoby, które wrzuciłam ostatnio. Szyszek moja Mama zrobiła w sumie dwieście. Zabrało jej to ponad dwa tygodnie i sprawiło, że przez miesiąc znajdowałyśmy drobinki brokatu w najbardziej zaskakujących miejscach w całym domu. Ale opłaciło się. Choinka wygląda pięknie i zupełnie inaczej niż zwykle.


wtorek, 9 grudnia 2014

W klimacie Świąt

Dziś będzie więcej zdjęć niż gadania.

Przedstawiam śnieżynki, których przeznaczeniem jest zawisnąć na choince. Jak przystało na prawdziwe płatki śniegu, każda z nich jest inna. Jedna wyszła mi wybrakowana, dopiero przy usztywnianiu zobaczyłam, że ma pięć, a nie sześć ramion. Średnica gwiazdek waha się od 4,5 do 9 cm.








A ten aniołek wyląduje na czubku choinki. Ma coś ok. 25 cm wysokości.



Aniołka robiłam z Muzy 10 szydełkiem 1,25 mm i wykończyłam złotą nitką, bo Muzy mi zabrakło na końcówkę skrzydeł. Włosy ma z choinkowych "włosów anielskich". Poszczególne elementy nie są zszyte, ale sklejone na Vicol - uznałam, że oddzielnie będzie mi łatwiej je usztywnić. Śnieżynki są z Muzy 20 szydełkiem 0,55 mm. Wszystko usztywniłam rozwodnionym Vicolem. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Serwetowy zawrót głowy

Przez ostatni miesiąc miałam urwanie głowy jeśli chodzi o robótki. Udało mi się wydziergać dwie chusty, sporą serwetę, szalik i mitenkę-ocieplacz nadgarstka. Wydaje się mało? Błąd.

Jedną chustę robiłam kilkakrotnie i dopiero za czwartym razem uzyskała pełną aprobatę zleceniodawczyni, czyli mojej drogiej Mamy. Jedną z prób uwieczniłam tutaj. Fotek wersji ostatecznej jeszcze nie mam, ale nic straconego. Druga chusta wyszła dobrze już za pierwszym podejściem, ale też pokażę ją później. Będę musiała napisać oddzielny post dotyczący wszystkich chust mojej Mamy. Mitenkę z akrylowej włóczki zrobiłam na drutach szybciutko, ale okazało się, że musiałam ją zrobić drugi raz, bo była za luźna. Stosunkowo najmniej problemów sprawił szalik - udał się już za pierwszym podejściem, jest mięciutki i cieplutki.

Serweta natomiast dostarczyła mi wielu wrażeń, niekoniecznie przyjemnych. Zamówiono ją u mnie na początku listopada w ramach prezentu pod choinkę dla znajomych. Jako wytyczne dostałam jedynie rozmiar i kolor - 120x60 cm, biała albo ecru. Reszta to już jak uważam... Sporo czasu zajęło mi wybranie wzoru - miałam ambicje na zrobienie czegoś ściegiem siatkowym, w jakiś ładny kwiatowy wzór. Moje gazetki nie zawierały niczego w odpowiednim rozmiarze, ale od czego są internety. Znalazłam ładny wzorek, który po usunięciu tu i ówdzie pustych kratek okazał się idealny. Jako materiał postanowiłam wykorzystać kord, a to z tej przyczyny, że jest prostszy w utrzymaniu - nie trzeba go krochmalić, wystarczy potraktować żelazkiem. Kupiłam zatem biały kord. Przez internet, bo taniej. Paczka szła równo tydzień. Ale kiedy już ją otworzyłam... Ja wiedziałam, że ten kord nie będzie cieniutki. O taki właśnie mi chodziło. Takim na przykład Opalem dziergałabym to może do następnego Bożego Narodzenia. Ale to co zobaczyłam nieco mnie jednak zdziwiło. Otrzymałam coś, co grubością i fakturą przypominało raczej linkę do wieszania prania niż nici do szydełkowania. No dobrze, przesadziłam, to nie było aż tak grube. Ale za to strasznie szorstkie, aż strach byłoby stawiać na takiej serwecie naczynia, bo jeszcze się porysują. O porysowanym stole już nie wspomnę. No ale nic, działamy zgodnie z przygotowanym wcześniej planem. Gdzieś tak w 1/8 długości serwety zorientowałam się, że moje obliczenia nie były jednak prawidłowe. Przy założonej ilości oczek otrzymałabym nie serwetę, ale obrus prawie dwa razy większy niż w zamówieniu. Na szczęście mogłam jeszcze zmniejszyć liczbę oczek bez szkody dla wzoru. No to prujemy i zaczynamy od zera. Ale znowu miałam dzień w plecy. Następnego dnia, po zrobieniu mniej więcej tyle samo serwety, popatrzyłam w końcu na nią porządnie... I z przerażeniem stwierdziłam, że to, co mi wychodzi spod szydełka, wygląda po prostu okropnie. Słupki wielkie, jakieś takie toporne... Wpadłam w czarną rozpacz, z której wyrwała mnie Mama propozycją, abym zrobiła coś patchworkowego, ale tym razem zgodnie z opisem, bez kombinowania. Przejrzałam więc znów gazetki i wybrałam prostą, ale efektowną serwetę z "Robótek ręcznych extra", nr 2/2011. Mając jeszcze świeżo w pamięci nabyty przez internet kord, udałam się do pasmanterii... Gdzie znów przeżyłam atak paniki, bo na stanie nie mieli kordonka, z którego miałam zrobić to draństwo. W końcu, bliska łez, nabyłam dwa motki białej Muzy 10. Lubię robić z Muz, jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Po powrocie do domu usiadłam do dziergania i wreszcie udało się - w ciągu tygodnia zrobiłam coś, co w pełni mnie usatysfakcjonowało. Wykrochmaliłam diabelstwo i rozpięłam na mojej macie z pianki do paneli podłogowych, dziękując wszystkim dobrym duchom szydełka, że ma ona akurat potrzebne mi 120 cm długości. Zrobiłam od razu zdjęcia, ale nie wyszły zbyt dobrej jakości, bo była to już noc, a ja jakoś nie umiem ustawić aparatu tak, by robił ładne zdjęcia w tych warunkach oświetleniowych. Ale coś tam jednak widać.


Pod serwetą znajdują się koronki na kuchenną półkę, które leżały w szafie i czekały na wykrochmalenie, więc zajęłam się nimi przy okazji.

Serweta jest już u zleceniodawców, więc nie ma już szans na jakieś lepsze fotki.

Co do innych wspomnianych wyrobów, pokażę je kiedy indziej, przy okazji.

czwartek, 20 listopada 2014

Ananasowy szal

Dzisiaj pochwalę się pierwszym moim dziełem, które sprzedałam na allegro.

Jest to bardzo fajny moherowy szal, który pierwotnie robiłam dla Mamy. Poszło na niego, nie pamiętam już dokładnie, cztery albo pięć motków włóczki. Że będzie ciepły, to wiedziałam jeszcze zanim go skończyłam - bardzo mnie grzał, kiedy dziergając, trzymałam go na kolanach. Wyszedł naprawdę piękny. Prosty wzór nabrał niebywałego wdzięku za sprawą delikatnego, lekko falującego brzegu w ananasy. Niestety, okazało się, że ani Mama, ani ja nie będziemy go nosić. Po prostu to jednak nie był nasz styl. Przeleżał więc w szafie ponad pół roku, aż w końcu postanowiłam się go pozbyć drogą sprzedaży. Dziś szal znajduje się już u nowej właścicielki.